— Daliśmy wszyscy rycerskie słowo, iż powiat odbierzemy, was nie pytając, my sami.

Zadumał się Przemko.

— Serce mi pęknie, gdy taką umowę podpisywać przyjdzie — zamruczał — lecz muszę. Wolnym być potrzebuję, aby o przyszłości innej myśleć.

Stanęło więc na tym, aby ziemię rudzką z Wieluniem dać, na co się ziemianie godzili. Poszedł Tomisław do księcia Henryka, który więcej chciał, targował się, lecz umowa wreszcie spisaną została. Ślązak zażądał, aby mu wnet grody zdawano.

Gdy pakt przypieczętowano, a Przemko miał wolność odzyskać, Henryk zażądał jak Rogatka, aby się przejednani rozstali. Wyprowadzonego z więzienia niemal gwałtem musiano wieść do izby, w której nań czekał Probus. Stał oparty o stół, nie jak zwycięzca, ale jak zasromany złoczyńca, spoglądając z ukosa i nieśmiało na ciotecznego, który wchodził dumny, z obliczem surowym. Ślązak przed wzrokiem jego oczy spuścić musiał. Nie przemówili do siebie rychło.

— Zmogliście mnie — odezwał się w końcu Przemysław — zdradą i niewolą, bierzcież ziemię, która wam nie przyniesie szczęścia.

— Inaczej... inaczej być... nie mogło — odparł, jąkając się, Probus. — Przebaczcie mi.

Widać było wstyd, nie umiał się tłumaczyć.

— Dajcie mi stąd odejść — dodał polski książę — jednać się nie potrzebujemy. Nie po bratersku postąpiliście ze mną, serca też ku wam mieć nie mogę.

— Nie oszczędziłem was — przebąknął Henryk — ale i bliższych mnie tenże los spotkał.