Spojrzeli na się. Przemko zimno i pogardliwie, Henryk z pewną trwogą.
— Ziemi tej, której tak żądni jesteście — dodał książę — nie będziecie mieli nawet komu zostawić.
Z dala skłonili się sobie.
Przemko zaraz konia dosiadł, otoczyli go uwolnieni dworzanie, a Zaręba pobiegł pytać znajomych, co się na zamku działo. Od nich dowiedział się, że Orcha kędyś przepadła, a Mina się do księżnej wcisnęła, która chorą była i nieszczęśliwą. Zaciął usta, usłyszawszy to, Zaręba i nie otwarłszy już ich, jechał tak gniewny do Poznania, iż nikt się doń przybliżyć nie śmiał.
Rozdział IX
Gdy Lukierdzie dano znać, że książę pan powrócił, zdawała się nie rozumieć tego i nie wyszła przeciw niemu. Słyszała czy nie — trudno po niej poznać było. Bertocha, która o tym z przekąsem przyszła oznajmić, nie mogła pojąć, dlaczego ani rumieniec, ni bladość na twarzy się nie ukazały. Nie drgnęła, nie podniosła głowy, siedziała milcząca i skamieniała. W podwórzu Mina witała hałaśliwie pana, który ją zbył obojętnym półuśmiechem.
Po przywitaniu wojewody i biskupa, Przemko poszedł do żony. Siedziała u kądzieli nie przędząc. Zobaczywszy go, powstała z wolna, stanęła przed nim nie jak żona, jak służebnica. Książę, spojrzawszy na nią niemy, uląkł się tego widma tak zmienionego, że w niej prawie Lukierdy poznać było trudno. Resztki młodości znikły, była to istota przeobrażona w posąg nieczuły. Gdy powoli zaczerwienione oczy podniosła nań, przeszyły go do dna duszy. Nie było w nich wymówek ani skargi, ale śmierć nimi patrzała. Uląkł się tego żywego trupa.
Z dala czatowała ciekawa pierwszego spotkania Bertocha. Nie rozumiała, co się działo. Widziała ją zastygłą, jego ze wstrętem jakimś prędko wychodzącego z izby. Skinął na Niemkę, która czekała.
— Coście z nią zrobiły? — zapytał.
— My? My?! — żywo rękami poruszając, krzyknęła Bertocha. — My? Ona sama, nie my, temu winna! Wypłakuje oczy za tą starą czarownicą, pijaczką, która się nie wiedzieć gdzie podziała.