Książę, ledwie dając dokończyć, mówił dalej:

— Mój ojcze, mój ojcze, lękam się, abyście mnie fałszywie nie zrozumieli! Zda się wam może z tego, com rzekł, że ja dla siebie korony pożądam, dla dogodzenia dumie mojej?

Obejrzał się ku niemu.

— Sądząc tak, omyliłbyś się. Chcę korony tej dla ziemi mojej więcej niż dla siebie. Gdybym ją dostał, widzicie, że nie mam jej zostawić komu, ani bym mógł ją tak silną i wielką uczynić, jak bym pragnął. Ale pod tą koroną zestrzeliłyby się wszystkie promienie starego królestwa, dziś rozpierzchłe. Królestwa, które jest teraz trupem zjedzonym przez robaki, a mogłoby być światłością wielką!

Kanclerz słuchał pilnie i nasłuchać się nie mógł, tak nowym to było z ust Przemysława, który rzadko dawniej o poważniejszych mówił sprawach, a pańskiego tyle tylko w nim widział, iż naśladując Ottokara czeskiego, świetnie i wspaniale występować lubił, co mu za złe poczytywano, bo małe księstwo nie starczyło na przepych, jakim się otaczał. Inny, nowy Przemysław stał przed nim, któremu nie dowierzał jeszcze, czy mu się w oczach nie odmieni.

Jechali tak coraz dalej, a książę pytał Wincentego, czy by znużonym nie był.

— Nie czuję się wcale zmęczonym, boś mnie Wasza Miłość pięknymi orzeźwił słowami.

— Jak myślicie — odezwał się książę — rychło-li będzie obsadzona katedra w Gnieźnie?

— Jeden Bóg wie — rzekł kanclerz. — Zabiegi są tam wielorakie. Być bardzo może, iż żaden z naszych nie osiędzie na katedrze świętego Wojciecha, a naślą nam z Rzymu Włocha lub Francuza. Teraźniejszy Ojciec Święty cały być ma Francji oddany.

— Niech Bóg nas uchowa od tego! — przerwał Przemko. — W takim razie Włościbor już lepszy! Kapituła może słuszne swe żale wynurzyć przed papieżem.