— Do Rzymu daleko! — westchnął ksiądz Wincenty.

Jechali milczący.

— Ojcze Wincenty — rzekł książę, badając go oczyma. — Nie zdałożby ci się dla Kościoła, dla kraju, dla mnie odprawić podróży do apostolskich progów, aby tam zanieść prośby i skargi nasze?

Kanclerz spojrzał zdziwiony.

— Maluczki jestem — rzekł. — Głos mój tam ważyć nie będzie. Pojadę ja, rozniesie się wieść, pobiegną drudzy, a trzeci wśród nas wciśnie się i infułę pochwyci.

— Dlaczegóż wszyscy o tym wiedzieć mają, dokąd jedziecie i po co? — odezwał się książę. — Ja bym wam dał listy moje i prośby do Ojca naszego. Mówilibyście nie od siebie, ale za mnie. Bóg wesprze cię swą opieką. Sprawa wielka i ważna. Przedstawcie papieżowi, jako to królestwo, które hołduje jemu, rozerwane jest i że wydarte będzie Rzymowi, a dostanie się cesarstwu, jeśli mąż silnej dłoni i rozumu bystrego nie siądzie na stolicy.

— Ale skądże tego męża weźmiemy? — spytał ksiądz Wincenty. — Czy Wasza Miłość masz kogo w myśli?

Przemko oczy zwrócił w niebo, jakby w nim rady szukał.

— Opatrzność Boża musi nam przyjść na ratunek i męża tego zesłać, ja... nie mam nikogo, ale w nią ufam. Powieziecie żądania, człowiek się znajdzie. Nie wiem, kto on będzie, ale jeśli Bóg nas ocalić ma, ześle nam męża powołanego.

Zamilkł chwilę.