— Rzekłeś — odpowiedziała.
— Prawda li, żeś obrzydliwą wiarę obcą przyjęła? jesteś chrześcijanką...
— Jestem — głośno i wyraźnie wyrzekła...
— Ani się tego zapierasz, Sabino Trebonjuszowa?
— I nigdy nie zaprę...
Męstwo jej jakby odurzyło Rupasa, stał, śmiejąc się, zgłupiały.
— Myślisz, że cię obroni imię? pochodzenie? — zawołał.
— Obroni mnie, gdy zechce, Bóg, jeśli nie, potrafię umrzeć...
— Słyszeliście, urąga się — krzyknął Rupas — wyznaje swą szkaradę?
— Milcz — przerwała mu z pogardą — prowadź mnie, dokąd ci kazano, jeśli ci kazano.