— A Paulus mój? — spytała — składając ręce.

— Paulus jest bezpiecznym — odpowiedziałem — bądź o niego spokojną.

— Juljuszu — rzekła po grecku, nie chcąc być zrozumianą przez kobietę — naucz go kochać tego Boga, za którego ja umieram... wreszcie niech tobie będzie podobnym... obydwa módlcie się za mnie. Ciało lub proch, jeśli można, złóżcie w krypcie obok innych współwyznawców...

Łzy stawały mi w oczach, nawet dzika niewiasta zdawała się zdziwiona, jakby strwożona jej spokojem.

Sabina nie płakała: przytulona do zimnej ściany, drżąca, blada, patrzała na mnie z pogodą i pokojem niepojętym; mnie dusiły pierś wezbrane jęki.

— Juljuszu — mówiła jeszcze — mam prośbę do ciebie drugą... Jeżeli będziesz mógł, przyjdź tam, gdzie mi zginąć przeznaczono, bądź triumfowi przytomnym. Nie chcę, abyś brał z sobą Paulusa, na jego serce dziecięce widok byłby zbyt okrutnym, choć dzieci chrześcijańskie zawczasu z męczarnią i śmiercią oswajać potrzeba... Ale tyś mężczyzna... ty mu powiesz kiedyś, jak matka jego, błogosławiąc mu, umarła...

— Sabino, ale ja choćby w cudzie jakimś mam nadzieję — zawołałem.

Uśmiechnęła się łagodnie.

— Na ziemi niema dla mnie żadnej — rzekła — dziś we śnie widziałam niebo i aniołów, jutro nas stąd wywiodą... Bądź zdrów... zobaczym się, znajdziemy, ale na lepszym już świecie...

Głos jej słabł ze wzruszenia; domawiała tych wyrazów, gdy przestraszona, aby mąż jej nie nadszedł, Rutilja popchnęła mnie w górę na schody, grożąc. Chciałem uklęknąć i stopy świętej męczennicy ucałować, schyliłem się, ale Rutilja uderzyła mnie kluczami, które trzymała w ręku, i pogroziła Sabinie.