— I jakżeś mnie znalazł? — spytała.
— Będę szczerym — odezwałem się. — Gdyście uciekali z domu waszego na Palatynie, dziecię unosząc, z całych sił was ścigałem. Nie wiem, jakim cudem wy i ja przebiliśmy się przez ten tłum w bramie Kapeńskiej.
— Jak to? wy byliście tam ze mną?
— I dalej jeszcze, Sabino — rzekłem — byłem w ogrodzie na Apijskiej drodze, u studni, przy której znikliście mi z oczów, i gdzie okrwawione tylko znalazłem wasze sudarium.
Niespokojna wstała z siedzenia, patrząc na mnie.
— Tu — szepnąłem ciszej, obawiając się, aby nas kto nie podsłuchał — wypadkiem trafiłem na wnijście, i spuściłem się za wami w ciemne otchłanie.
— Jakto! — wykrzyknęła — wy byliście?...
— Byłem, za wami goniąc, w arenariach, i przytomnym modlitwie i nabożeństwu chrześcijan.
Słysząc to, zakryła swoje oczy.
— Nie obawiajcie się — przerwałem — tajemnica ta jest dziś moją, zachować ją potrafię, potrafię poszanować. Przebacz mi, Sabino, wszystko, o com cię posądzał... lecz powiedz zarazem, godziłoż się dla obcych opuszczać stare bogi opiekuńcze Rzymu.