— I bez knezia myślicie być? — mówił stary. — Pszczoły w ulu i dnia bez matki się nie ostoją.

— Pewnie — rzekł Doman. — Jednego wypędzim, a drugiego wybierzemy, aby zgoda była.

— Zgoda!! tak! — odparł zdun — trzeba, żebyście ją sobie ulepili. Róbcie jak ja: glina się rozpada, a wody domieszawszy, garnek się z niej ulepi. Poszukajcie tej wody.

Zmilczał Doman. Mirsz mruczał.

— Zaczepicie licho, gdy Chwosta ruszycie... Niemców i Pomorców na nas sprowadzi.

— Odpędzimy ich.

— Jak wam pola zniszczą, a mnie garnki wytłuką! — zaśmiał się zdun.

I głową potrząsając patrzał na jezioro.

Wtem i czółen87 przybił do brzegu, a przewoźnik, pot otarłszy z czoła, ręką wody zaczerpnął, napił się i legł odpoczywać. Doman już szedł do łodzi.

— Tak to idziecie do chramu bez obiaty? — spytał Mirsz.