Wianek miała na głowie, rozpuszczone kosy, cała w bieli, obwinięta długą chustą białą, wśród tego mroku sama do jakiegoś nieziemskiego zjawiska była podobną.

W chramie nie było nikogo.

Światełko ognia odbijało się niekiedy na wiszących u szyi bóstwa łańcuchach i ziarnach bursztynu, na ofiarnych kruszcach u ściany świątyni i w tych strasznych czerwonych oczach, które krwawymi blaski pobłyskiwały niekiedy.

Dziewczyna siedziała nieruchoma i zadumana, gdy zasłona się podniosła powoli — obróciła ku niej oczy, spojrzała, krzyknęła i upadła na ziemię.

U wnijścia stał Doman, którego ona zabiła. Zdało się jej, że wilkołakiem czy upiorem na świat powracał.

Uśpione towarzyszki zerwały się z siedzeń swoich, nie mogąc rychło oprzytomnieć, a tuż Doman podbiegłszy, z ziemi ją podnosił, wziąwszy na ręce.

Dziwa otworzyła oczy i zamknęła je natychmiast przerażona, rękami usiłując go odepchnąć od siebie. Widziała teraz dobrze, iż duchem nie był — ale ją trwoga ogarniała, aby nawet u ołtarza zemsty nie szukał.

Doman na krzyk jej rozpaczliwy, cofnął się i stanął z dala. Chwilę trwało milczenie, dziewki przyrzucały pospiesznie łuczywo, ogień zaczął płonąć jaśniej; Dziwa z trwogą ciągle patrzała na stojącego u wchodu Domana.

— Nie obawiaj się — rzekł — nie uczynię nic złego, zemsty nie szukam. Chciałem widzieć ciebie i pokazać, że żyję. Po to tu przyszedłem tylko.

— Wynijdź, proszę — odpowiedziała wstając dziewczyna, której przytomność powróciła. — Wyjdę za chram, powiem wam wszystko, ja nie jestem winna.