Posłuszny Doman cofnął się, zasłona spadła. Dziwa siedziała chwilę, dłonią czoło potarła, poszła się napić wody ze świętego źródła, poprawiła wianek i włosy — z wolna uchyliła oponę i wyszła.

Opodal, za dwoma tynami malowanymi stojąc, Doman czekał na nią u kręgu kamieni. Z dala go zobaczyła, blady był jeszcze, ale w oczach mu już dawne życie świeciło.

Powoli, z obawą zbliżyła się ku niemu dziewczyna.

— Możecie zabić mnie zaraz, tu — odezwała się — tak jak ja chciałam was tam zabić, bronić się nie będę. Porwać się dać i żyć z wami nie mogłam. Dawno, w dzieciństwie, ślubowałam bogom i duchom.

Patrzał na nią Doman smutnie, znajdował ją teraz piękniejszą jeszcze, niż dawniej była.

— Dziwo — rzekł — życie to takie jak śmierć, a bogi i duchy...

Nie śmiał dokończyć.

— Co po życiu bez ludzi? — dodał pomilczawszy — u mnie byście znaleźli inne, dom swój, rodzinę, obronę i wszystkiego dostatek... Któż by wam bronił u źródła ofiary czynić albo na rozdrożu u świętych kamieni i z duchami rozmawiać?

— Duchy są zazdrosne jak ludzie — odezwała się Dziwa, ciekawie, nieśmiało wpatrując się w Domana — duchom a ludziom razem służyć nie można. Wianek mój do nich należy.

Chciał się kmieć przybliżyć nieco do niej, ona się cofnęła, ale z oka go nie spuszczała. Człowiek ten, którego ona zabiła, a który żył, obudzał w niej dziwne uczucie — żal i litość, i obawę.