Doman został. Siadł nad jeziorem i dumał. Mila przez tyn wyglądała; stary Mirsz w wierzbie coś mruczał. Nad wieczór podszedł kmieć ku niemu.
— Ojcze stary — rzekł — gdybyście mi swatów nie odpędzili z grochem, tobym wam ich przysłał.
— A wiele żon masz? — zapytał stary.
— Żadnej.
Mirsz nań popatrzał.
— Córka moja pieszczona, biała, godna i żupana, na żoną ci ją dam, inaczej nie. Ślijcie swaty uroczyste, po obyczaju starym.
Doman się skłonił.
— Do domu jadę, drużby uproszę. Zgoda, stary gospodarzu?
Zmierzchało dobrze, gdy się ta rozmowa toczyła, Doman coś nucić poczynał, na duszy mu było weselej i myślał: — Hej, Wizunie stary! będzie li to lek, czy trucizna? Inną biorę, a o innej myślę, gdzie indziej swaty, a serce gdzie indziej!
Wtem stary Mirsz palcem ukazał na bory.