Nad borami, nad lasami gorzały łuny, jedna, dwie, dziesięć na wsze strony. Doman spojrzał i krzyknął:

— Ogniste wici!

Nadbiegła czeladź jego wołając:

— Wici ogniste!

Ruszyło się, co żyło, a Doman w podwórko niepostrzeżony skoczył pod okienko komory i zapukał.

— Dziewczyno! malino! bywajże mi zdrowa! Ogniste wici na górach płoną, na wojnę muszę. Jak z wojny powrócę, to ci przyślę swaty. Ojcum się kłaniał i prosił — będziesz moją.

W okienku czy śmiech, czy płacz się dał słyszeć, może razem oboje?

— O miły mój, miły, sokole jedyny, wróć mi cały z wojny! W oknie siedzieć będę, w niebo patrzeć i płakać, póki z wojny nie wrócisz, póki swaty nie przyjadą.

— Na koń! — krzyczał Doman do czeladzi — na koń! Bądź zdrów, gospodarzu, dziękujemy za gościnę, nie czas odpoczywać, gdy ogniste wici płoną. Zdrowi bywajcie wszyscy!

Zatętniało, zaszumiało, ruszyli cwałem, a przed chatką stał Mirsz stary i patrzał na łuny, stała Mila z rękami załamanymi i płakała, coraz to fartuszkiem ocierając łzy. A zza łez widać było uśmieszek i serce biło, biło — biło.