Kneź patrzył — zrazu szyderski, teraz bledniejąc i jakby przelękły, ręką się opierał o częstokół, a widać było, jak drżał.
Obok niego stojący Wizun oczyma nakazującymi, których nie spuszczał z dziewczyny, zdawał się jej dyktować, co mówić miała.
Chwila milczenia poprzedziła urywanymi słowami wyjąkaną wróżbę.
— Ciemno! ciemno! Nie widzę nic... — mówiła. — Czerwona struga jakby płynęła krew, ciągle krew... wszędzie krew... Po rzece tej płyną trupy białe, jeden, drugi... więcej jeszcze, białe ich oczy nie widzą i nie patrzą... płyną, płyną, przepłynęli... Krew znowu, kubki po niej pływają, miecze po niej migają... Słyszę wołanie: krew za krew!.. Na rzece płynie wyłupionych czerwonych oczów dwoje i patrzą na mnie... na stosie leży starzec zabity, na śmiecisku pod stołbem młodzieniec, na jeziorze pozarzynane męże, wołają: krew za krew! Psy wyją i kruki kraczą... krew za krew!...
Kneź rzucił się, aż częstokół za nim zachrzęszczał i miecz mu zadzwonił u boku.
— Ty wróżbitko przeklęta — krzyknął. — Będziesz ty mi patrzała i mówiła inaczej!
— Nie mogę... mówię, co mi duchy każą i ukażą... Kneź stoi na świetlicy... Wysoko... dołem ludzie się gniotą, biją, mordują... Słyszę szmer, wrzawą, ciągną gromady... na granicy wrogi, w domu swoi się miotają... Na gród! na stołb! krew za krew!... Gród się pali... płonie, gore... walą się dachy i ściany... krzyk i wołanie... popiołów kupa... góra trupów... kruków chmura czarna... Siadły, krakają... żrą serca od ciała... gdzie ścierw niedogorzała... Krew za krew!..
Ciemno się zrobiło w oczach dziewczynie i osłabła osunęła się jak senna na ręce stróżek, które ją trzymały. Kneź stał blady i drżący, pięści cisnąc, usta otworzył i zębami jak zwierz dziki grozić się zdawał. Nogą wiadro pchnął i wywrócił, woda święta popłynęła po ziemi. Dziwę wniesiono omdlałą do chramu. Chwostek stał milczący, wściekły.
Stary Wizun sparty na kiju obok niego spokojnie czekał.
— Przeklętą dziewkę związać i osiec30! Do lochu! Do jamy! — krzyknął Chwostek. — Nauczy się wróżyć inaczej...