Na to nie było odpowiedzi, zasłona kontyny spadła, a dziewczęta drugą stroną Dziwę wynosiły na powietrze. Kneź się chciał zwrócić do swoich pachołków, ale ci gdzieś daleko zostali.

Stary spoglądał nań.

— Uspokójcie się, miłościwy panie — rzekł. — Kto chce wróżby, musi ją cierpieć, jaką duchy dały... Dziewczyna jej nie winna.

Byli sami i Wizun zbliżył się, wcale nie zdając zlękniony.

— Miłościwy kneziu — dodał — dosyć macie niechętnych i zażalonych, nie róbcie ich więcej targając się na to, co nie jedne Polany szanują... Miejsce święte i dziewczyna poświęcona...

Chwostek się rozśmiał dziko, przystąpił do starego i drżącą od gniewu dłonią pochwycił go za brodę, trzęsąc nią.

— Ogień święty, dziewka poświęcona!.. ty także... stary... psi synu... Ja wam ognie pogaszę, ja wam dziewki wasze rozpędzę i chram ten zrównam z ziemią...

Stary nie pobladł nawet, milczał obojętny, ręka kneziowi opadła.

— Jakby piorunów nie było — odezwał się spokojnie — moglibyście czynić, co chcecie... Ano pioruny padają i duchy bronić się czym mają... Nie szukajcie, kneziu, wojny z bogami, gdy jej dość z ludźmi mieć będziecie.

Chwostek nie odpowiedział nic, zerwał się z miejsca i poszedł prędko, bijąc się w pośpiechu to o jedną, to o drugą ścianę częstokołu. Wracał do swych ludzi. Wizun pozostał we wrotach i patrzył na kiju sparty.