Mucha nie odpowiedział, tylko pokłonem.
Niecierpliwa pani już z podwórca ku stołbowi szła. Inaczej się tam dostać nie było można, tylko po drabinie z poręczem49, którą do wysokich drzwi przystawiano. Stała ona właśnie w miejscu, bo stróż dla zamkniętego w lochu Leszka, chleb i wodę zaniósł. Brunhilda zręcznie się spięła na wschodki50, rozkazując za sobą iść Musze. Wewnątrz wieży mrok już był. Wschodki z tarcic51 wiodły na dół. Tu ciężkimi drzwiami, zapadającymi z góry, zaparty był loch, w którym osadzono oślepionego Leszka. Drabina znowu prowadziła do głębi ciemnego więzienia, które jedno tylko wąskie okno oświecało.
W ciasnej, wilgotnej tej dziurze, na garści słomy zgniłej i stęchłej leżał młody, piękny chłopak, dwudziestokilkuletni. Odzież na nim gruba, zdarta i powalana52 dozwalała widzieć wychudłe i zżółkłe ciało. Na pół leżąc, oczyma strasznymi, na kształt dwu plam krwawych, zdawał się patrzeć przed siebie. Usłyszawszy szelest niezwykły, Leszek głowę podniósł nieco, czoło wybladłe zmarszczyło mu się. Brunhilda, obejrzawszy się trwożliwie po lochu, wsparta o drabinę, którą weszła, odkaszlnęła nieśmiało. Leszek usiadł jakby strwożony.
— Kto tu? — zapytał.
— Ja tu jestem — cicho i łagodnym, umyślnie osłodzonym głosem poczęła kobieta — ja... Brunhilda...
— Czy mam umrzeć? — odezwał się więzień.
— Nie! Ja ci przynoszę wolność — mówiła kneźna. — Ja zawsze życzyłam tobie i bratu dobrze, starałam się was ocalić. Kneź nie winien, nieprzyjaciele na was podszczuwali, grozili wami. Co się stało, stało się przez sługi, bez rozkazu naszego.
Leszek się zaśmiał szydersko i głową potrząsł niedowierzająco.
— Wierzcie mi — ciągnęła dalej Brunhilda. — Kneź żałuje, że życie wydarto bratu twemu, a oczy tobie.
— A z czyjegoż to uczyniono rozkazu? — zaśmiał się więzień.