— Cóż to robicie tu, Jaruho! — spytał smerda.
— Alboś to ślepy, przemierzły włóczęgo? — odparła baba. — Robię, co mi nakazano, zbieram ziele na leki i na uroki, na czynienie i na odczynianie... A masz co przy sobie w baryłce może? hę? dałbyś mi się napić, tobym ci mój strach przebaczyła... bo jak nie...
— Nie mam nic prócz wody w bukłaku... — rzekł smerda.
— Wody?.. miałżeś co nosić! — prychnęła stara — z każdej krynicy i rzeczki można jej z żabim skrzekiem dłonią zaczerpnąć... otóż masz co nosić! głupi człecze!.. stary jesteś a rozumu nie masz... Wodę nosić!... wodę nosić!...
I mruczała znowu pod nosem, a smerda stał strwożony.
— Cóż to za ziele zbierasz? — zapytał rozbrajając straszną wiedźmę.
— A co tobie do ziela? — poczęła baba — to nie wasza sprawa... lubczyk tobie żaden nie pomoże, boś szpetny... Choćbyś go dziewce dał i bez wrotyczu, czar nie poskutkuje... Widzisz, co koło mnie leży... bylica... dzięgiel... lisie jajko... biedrzeniec... dziewanna... rosiczka... Hej! hej! różne dobre rzeczy...
— A złego nie ma nic? — rzekł smerda cicho — kneź tu stoi nieopodal... żebyście mu jakim czarem nie szkodzili... bo z nim nie żart!...
Jaruha się nastraszyła zrazu, spojrzała ku lasowi.
— Kneź — szepnęła — a! kneź... a nie każe mnie powiesić?..