— Żebyście mu tylko żadnej nie czynili przeszkody! — szepnął smerda.

— Ja? jemu? — baba popatrzyła trwożliwie — ja u miłościwej pani przecie na dworze bywam i łaski u niej mam... i teraz jej ziele niosę... Jeśli chce, to mu jemioły dam na szczęście... Czego się mnie ma bać? Jaruhę znacie...

Smerda powrócił do stojącego Chwostka.

— To Jaruha, miłościwy panie — rzekł. — Wiedźma jest, ale ona swoim nieszkodliwa... a naszej miłościwej pani służy... Owszem na łowy może dać szczęście, bo ona się na wszystkim zna.

Chwostek ubezpieczony wyjechał z koniem na łączką. Powoli zaczął się zbliżać do baby, niedowierzającymi mierząc ją oczyma. Jaruha nie wstając przychyliła się twarzą ku ziemi i powitała niskim pokłonem, ale szybko się podniosła, starając uśmiechnąć, bo się Chwostka lękała bardzo. On też niezbyt pewnym wzrokiem ją mierzył. Zbliżywszy się, konia zatrzymał. Baba nań ciągle patrzała.

— Nie wiesz, jakie dziś będą łowy? — zapytał.

— A gdzie? — odparła Jaruha.

— Na Głubiem.

Baba głową poczęła trząść.

— Na Głubiem... miłościwy panie, nie ma po co jechać tam...