— Pytaj jej, niech gada, co wie! — zakrzyczał na smerdę — a nie, postronek na szyję i na gałąź jędzę...

Choć twarzy staruchy widać nie było, ręce jej się trząść tak zaczęły, jakby to rozkazanie usłyszała.

Smerda przysunął się do niej.

— Mów, co wiesz! — krzyknął.

—- Wszystkom wam powiedziała — odezwała się Jaruha — toć gdyby nie ja, jechalibyście na Głubie i wpadlibyście w ich ręce. Siedzą tam już trzy dni... jest ich dużo. Są zbrojni, a milczą tak, że ich o trzy kroki nie słychać...

— Gdzie siedzą? — zapytał kneź.

— Na Głubiem, u błotka, gdzie olchy rosną — szepnęła stara — na prawym brzegu ogień się pali...

— A czaty mają? — rzucił kneź.

— Mnie chłopcy chcieli złapać, ale się nie ważyli — szeptała stara — na staje od obozu, chodzi ich kilku...

Rozmowa ta jeszcze trwała i wahanie, co poczynać, gdy po gęstwinie coś zaszeleściało dokoła, a ludzie drgnęli na koniach i za oszczepy chwycili. Jaruha przestraszona z kłody się zsunęła na ziemię. W tył za siebie obejrzawszy się kneź zobaczył między drzewami przemykających się ludzi i konia targnął. Smerda skoczył na swojego. Na prawo i lewo coś łamało gałęzie. Zmiarkowali łatwo, że ich opasywano. Chwostowi twarz poczerwieniała i pobladła; zrazu, co poczynać, nie wiedział sam.