Kneź, smerda i cała drużyna stali w oczekiwaniu i w jakimś strachu, który ich ogarniał mimowolnie.
Cisza była w lesie, wiatr szedł od ostępu. Uszy ludzi nawykłych do rozeznawania najmniejszego szelestu chwytały jakieś odgłosy nawoływania dalekiego.
Kneź pobladł. Jaruha siedziała jakby zapomniawszy o nim, z głową spuszczoną, nie mówiła już nic, smerda się zbliżył do niej.
— Cóż tam Myszki robią? — zapytał.
— Co? U ognia siedzą, zwierzynę pieką i popijają miodem, a na kogoś sobie czekają.
Chwostek zadrżał.
— Ilu tam ich? — zawołał popędliwie — ilu?
— Ja bo liczyć nie umiem — odezwała się baba — a kopa ich może być...
Ostatnie słowa wymówiła po cichu. Smerda się obejrzał licząc swych ludzi; tych i pół kopy nie było.
Z obawy czarów Chwostek się nie śmiał zbliżyć do wiedźmy.