Zobaczywszy go Piastun wstał i podszedł ku niemu.
— Kmieciu dobry — odezwał się smerda — o gościnę was proszę, na krótki czas... Jesteśmy i my kmiecie z opola obok, zabłąkaliśmy się na łowach w lesie, błądzimy drugi dzień, nie jedząc nic... rękę padając złamałem... mój pan i towarzysz zmęczony leży niedaleko... dajcie u siebie spocząć.
To mówiąc, bacznie się rozglądał smerda; we dworku nie było nikogo. Piastun też przypatrywał mu się, jakby go gdzieś widział i poznawał.
— Kto wy kolwiek jesteście — rzekł — jak skoro w imię starego obyczaju o gościnę prosicie, chodźcie. Wiecie to, że u nas się jej i wrogowi nie odmawia...
— Myśmy nie wrogi! — zawołał smerda — a skądże byśmy nimi być mogli?
Stary skinął w milczeniu, ukazując na drzwi dworu. Wrócił tedy smerda po knezia, który z obawy, aby poznanym nie był, kołpak swój odarł, suknię pooszarpywał z naszywania, miecz schował pod odzież i oczy włosami zapuścił. Tak zmieniony a cały drżący wszedł Chwostek do dworu. Piastun go na ławie sadził i chleb przed nim położono.
Gospodyni zaś wnet się zabrała do podania piwa i strawy, na jaką stał dzień powszedni.
Ażeby knezia nie zdradzić, smerda na skinienie jego siąść też przy nim musiał na ławie. Nie mówiąc prawie słowa, coś tylko pomruczawszy, Chwostek siadł i ręką od ognia twarz sobie zakrywał. Piastun parę razy nań popatrzył, popróbował zagadnąć, otrzymał odpowiedź od smerdy i nie badał więcej.
Należało to do praw gościnności, aby z obcego człowieka więcej nie dobywać nad to, co on sam chciał dobrowolnie powiedzieć.
Zgłodzeni goście poczęli jeść w milczeniu. Ośmielił ich nareszcie spokój dworu, cisza w okolicy, łagodna twarz gospodarza i jego niewiasty. Chłopak kilkoletni z dala stał, a ciekawymi oczyma przypatrywał się przybyłym.