Gospodyni widząc, jak smerda cierpiał, przyszła mu szepnąć, że może by potrafiła rękę mu lepiej opatrzyć i zawinąć. Poszedł więc z nią smerda do ognia i ranę swą pokazał. Była ona tak widocznie pociskiem zadana, iż kłamstwo się wydało zaraz, lecz staruszka, popatrzywszy mu w oczy, nie powiedziała ni słowa.
Chwostek, nawykły do mocnego napoju, co mu podano, wnet pochłonął, trochę odwagi wstąpiło weń. Popatrzył na Piastuna, który z niego nie spuszczał oczów.
— Kmieciem jesteście? — spytał na ostatek Chwostek gospodarza.
— Jak mój ojciec i dziad — odparł syn Koszyczków spokojnie.
— My to stąd dalej trochę siedzimy — mówił niewyraźnie Chwostek — nie bardzo wiemy, co się u Gopła dzieje... niepokój pono między wami?..
Piastun popatrzył nań długo.
— Jeśli jaki jest — rzekł — myśmy niewinni.
— Mówią, że się kmiecie burzą?
— Przy swych prawach stoją — odparł Piastun.
Chwostek zmilkł.