— Spaliliśmy zwłoki jego, płaczki go opłakały... z ojcami pije miód biały.
Starzec ręce załamał.
— Zmarł? — zapytał.
— Zabit jest — rzekł Doman. — Zabit przez ludzi kneziowych, którzy na dwór jego napadli.
Słuchający głowę opuścił, ale krótko trwało przerażenie, podniósł wejrzenie, w którym gniew się malował.
— Myślmyż i my o szyjach naszych — rzekł. — Co jemu wczoraj, nam jutro.
Gdy mówili, z dala już tętniało znowu, tętniało coraz silniej, cały las pełen się zdawał, ze wszech stron wytykały się głowy koni i głowy ludzi, gwar się wzmagał, starszyzna kmiecia nadciągała. Dwoje oczów z dziupli patrzało i dwoje uszów słuchać musiało, bo rozmowy pod samym dębem się toczyły.
Przybyli pozdrawiali się dniem wiecowym, ale twarzami smutnymi. Ze trzech, liczba ich rosła do dziesięciu, do pół kopy268... Do soroka269... Do setki. Wszyscy jeszcze stali poza horodyszczem, gdy Ludek, syn Wiszów270, nadjechał.
Zsiadłszy z konia przystąpił z pozdrowieniem do gromady i krwawą koszulę a siermięgę czarnymi plamami zbroczoną rzucił pomiędzy stojących, nie mówiąc słowa. Rękami tylko wskazał na nie. Oczy wszystkich zwróciły się na odzież zabitego, ręce zadrgały, czoła się pofałdowały.
Z pięściami zaciśniętymi otoczyli to lice271 gwałtu.