— Że się to i kmieciom trafiało? — dodał Doman.
Stary milczał i wyczekawszy rzekł ponuro.
— Źli ludzie źle robili... co za dziw? A tobie co po tym?
— A co im się stało za to? — pytał Doman.
Popatrzyli sobie w oczy. Wizun kijem bił w ziemię, patrzał po niebie i po słońcu.
— Tobie pora powracać — rzekł — nie czas baśnie prawić.
Odwrócił się i odszedł.
Zerwawszy liść z drzewa, Doman za nim popatrzał prawie szydersko.
W czółnie nań Sambor czekał. Płynęli więc na powrót w milczeniu oba, tylko się mierząc oczyma, a Doman w duchu powtarzał.
— Musi być moją!