— Bo wy bohatery, żupany — mówiła stara — wy niewiastami teracie, u was jest ich zawsze dosyć! E? wszakże to ciebie Wiszowa córka była tak ukłuła? — dodała śmiejąc się Jaruha. Doman się wzdrygnął. — A ona ci teraz ziele nosi!
— Nie pleć, babo — zawołał — nie wspominaj!
— Onać tu jest i panuje — mówiła baba — jej się nie chciało u was garnki pomywać, woli z założonymi rękami przy ogniu siedzieć — ciągnęła powoli Jaruha — bo też to kmiecia córa, a dla tych to i knezia mało. Rączki mają białe, co pracować nie umieją, i oczki czarne, co pogardliwie patrzą...
Mówiąc zaczęła się przypatrywać Domanowi, którego bladą twarz oblał nagły rumieniec.
— A cóż? tu, na ostrowiu musieliście z nią zrobić zgodę? — zapytała.
— Mało co ją widziałem — z pozorną obojętnością dodał Doman i zamilkł.
Stara, niby zamyśliwszy się, sama dla siebie, stukając kijem w takt pieśni, śpiewać zaczęła chrypliwym głosem:
Oj — chodzę ja, chodzę
Jak biała lelija,
Gdzie się nie obrócę,