— Onać tu jest i panuje — mówiła baba — jej się nie chciało u was garnki pomywać, woli z założonymi rękami przy ogniu siedzieć — ciągnęła powoli Jaruha — bo też to kmiecia córa, a dla tych to i knezia mało. Rączki mają białe, co pracować nie umieją, i oczki czarne, co pogardliwie patrzą...
Mówiąc zaczęła się przypatrywać Domanowi, którego bladą twarz oblał nagły rumieniec.
— A cóż? tu, na ostrowiu musieliście z nią zrobić zgodę? — zapytała.
— Mało co ją widziałem — z pozorną obojętnością dodał Doman i zamilkł.
Stara, niby zamyśliwszy się, sama dla siebie, stukając kijem w takt pieśni, śpiewać zaczęła chrypliwym głosem:
Oj — chodzę ja, chodzę
Jak biała lelija,
Gdzie się nie obrócę,
Wiatrek mną powija...
Wyjdę na policzko,