Zaśpiewam se jeszcze,
Spojrzę na słoneczko,
Wysoko my jeszcze...
Lecą ptacy, lecą,
Daleko, daleko,
Niech mój smutek wezmą
I niech z nim ucieką...
— Albo i to... dola — dodała prześpiewawszy — żeby was tu woda jej pod nogi przyniosła... Lepiej by już wam było nie spotkać się z sobą... a to się tobie blizna jeszcze otworzyć gotowa, gdy się zbliży dziewka, co ranę zadała... Bo mówią tak, że niepomszczona krew rzuca się, gdy ten, co ją przelał, podejdzie... A ona też znać się was boi, chodzi jak ziele mrozem zwarzone...
I trzęsła głową Jaruha, a gdy Doman milczał, ciągnęła znowu dalej.
— Czy ona wam teraz zbrzydła? No, powiedzcie... przyznaj się! Gdybyście jeszcze do niej lgnęli... hm... to moja sprawa dziewuchom do chłopców, a chłopcom do dziewcząt pomagać... Stara baba, która w żarnach nie miele, rada by choć popatrzeć, jak się mąka robi! Znalazło by się ziółko, sposób, urok... musiałaby ona wam być posłuszną i pójść, gdzie byście jej kazali, jakbym ja jej zadała!... Wy sobie myślicie może, żem ja niewarta psa, kiedy w takich łachach po świecie się włóczę... a ja się z takimi znam, co wiele mogą... I jak zawołam, przychodzą do mnie... a jak każę, robią, co im powiem.