Spojrzał z wysokiego progu, na którym stanął na zgromadzenie, pozdrowił je lekko z dala, a zwróciwszy się w stronę, gdzie stał kanonik Janko — mruknął.
— Witam, wasze miłości, dawno nie widzianych u mnie — Witam!
Uśmiech szyderski towarzyszył tym słowom.
— Ks. kapelan Bertold — dodał — niech odmówi modlitwę.
I niepatrząc już na zgromadzonych, wprost poszedł Biskup zająć siedzenie swoje. Niesiono za nim pozłocistą miednicę i nalewkę i ręczniki szyte bogato.
Ks. Szczepan dopilnował tego ze szczególną troskliwością, aby ci co z Jankiem przybyli, razem wszyscy po prawej stronie Biskupa zasiedli...
Ci nawet, co Pawła najbliżej znali, i widywali go najczęściej, uderzeni byli wyrazem twarzy jego niezwyczajnym. — Zdał się ciągle hamować od wybuchu. Żyły mu się wyprężyły na skroniach, dłonie, gdy je mył i zdejmował pierścienie, drgały. Podparł się usiadłszy, na rękach i wlepił oczy w kanonika Janka, który wytrzymując mężnie wejrzenie groźne, siedział spokojny.
Pomimo szastania nogami i szumu jaki powstał przy sadowieniu się gości, baczniejsze ucho mogło pochwycić niezwykłe jakieś tuptanie i chodzenie po sieni, jakby ją gromada ludzi zajmowała.
Nie zwróciło to niczyjej uwagi.
Najłapczywsi do jedzenia, mimo, że stół woniał potrawami wymyślnemi, mierzyli się oczyma i jakby w oczekiwaniu czegoś — powolnie, obojętnie brali się do misek...