Biskup nie tknął nic, nalał sobie wina, umoczył w nie usta, spozierał wyzywająco na Janka.
— Powiadają ludzie — począł, — że się w jakąś daleką podróż wybierać zamyślacie??
Zagadnięty tak, podumał trochę, podniósł głowę.
— Gdyby podróż okazała się potrzebą i obowiązkiem sumienia, — rzekł — dla czegóż bym nie miał jej przedsiębrać? Kapłański nasz stan na wszystko być przygotowanym nakazuje.
— A tak — odparł Biskup szydersko — kapłańskie powołanie wymaga wiele — szczególniej zaś pokory i posłuszeństwa.
Gdy się tak poczynała rozmowa, w izbie stało się cicho, i, jak kto siedział, nie jeden z ręką do misy wyciągniętą — pozostał nieruchomy.
— Tak, — dorzucił Janko śmiało — do posłuszeństwa obowiązani jesteśmy dopóki sumienie dopuszcza. —
— Sumienie! — zaśmiał się Biskup. — Szerokie to pole, po którem chodząc i obłąkać się można. Lada bunt się sumieniem składa.
Paweł już dłużej utrzymać się nie mogąc, zaczerwienił cały na twarzy, i zawołał głośniej, ręką podnosząc:
— Wy! wy mi się buntujecie!