Kanonik Janko, jakby przygotowany do tego był, nie zmięszał się wcale.
— Nad Miłością Waszą prawo też jest, — odrzekł. — Gdy wódz go nie słucha, żołnierz od posłuszeństwa jest wolny.
Biskup cały zapłonąwszy gniewem, ręką o stół uderzył, aż misy i dzbany szczęknęły, — ale Janko ciągnął dalej.
— Kapituła jest do rady i współrządu ustanowiona, ma ona prawa i przywileje swe. Przy tych jeśli nie cała chce obstawać, nie moja rzecz; są jednak tacy, co przy prawach stać będą.
Gdy to mówił ks. Janko uczuł nagle, iż pod stołem w nogę został rażony czemś kolącem i do krwi zaraniony. Nie spodziewając się tego, rzucił gwałtownie i krzyknął. Ci, co przyczyny poruszenia i krzyku wiedzieć nie mogli, zdumieni być musieli wielce, zdawało się zdala, jakby na razie choroba cisnęła nim lub szaleństwo.
Biskup się rozśmiał.
— Szalony jest! — zawołał. — Patrzajcie sami! Świadków mam, ten człowiek opętany!
— Ja?? — wykrzyknął Janko, sądząc, że się ranił o podnóżek i zapominając o bólu — ja? Opętanym nazwać się może ten chyba, co na wysokiem dostojeństwie o Bogu zapomina i praw jego nie szanuje.
— Opętan! opętan! — powtarzać zaczęli jakby namówieni ks. Szczepan i za nim inni zausznicy Biskupi, palce wyciągając ku mówiącemu.
Jeden z księży przybyłych z Jankiem, kanonik Andrzej, podniósł się.