— Czemu? — spytał Paweł.
— Nie wiem czemu, straszno mi się robi gdy ich widzę — rzekł Wit. — Nie zwykłem się ja bać niczego, ani krwi, ani jęku, ale z ludźmi co się nie skarżą a modlą...
Biskup ostremi go zmierzył oczyma.
— Zbabiałeś i ty! — zamruczał.
W tem nadszedł ks. Szczepan, który także o więźniach wiedzieć był powinien. Spytał o nich zaraz Biskup niespokojny — i nie otrzymał odpowiedzi. Powtórzył pytanie.
— Dłuższego czasu potrzeba, — odparł przybyły — nim się opór ich złamie. Poddadzą się, choć zapewne nie wszyscy i nie rychło.
— Niech więc gniją i zdychają! — przerwał mu Paweł z gniewem.
Zwyczajem jego było, że gdy zuchwały czyn jaki popełnił, który miał zgrozę wywołać, na przekorę ludziom pokazywał się publicznie, dowodząc, iż się niczego i nikogo nie lęka.
Tego dnia też z wielkim dworem łowców wyciągnął przez najludniejsze przejeżdżając ulice i przez rynek.
Gmin i wszyscy spotykający Pasterza, zwykli byli witać go, stawać i przyklękać do błogosławieństwa.