— Patrzeć, — powtarzał Witowi — aby mi się który z opętanych nie wyrwał. Mają tu znajomych a może i przyjaciół, głupi stróże gotowi się dać nastraszyć lub ująć... Pilnować mi ich jak oka w głowie!
Jeśliby który ukorzył się prosił, żądał swobody — mnie dać wiedzieć. A głodem niech mrą, kiedy się im męczeństwa tak chciało. Ogadywali mnie, że posty łamię, niech za mnie o suchym chlebie odpokutują!
Uczta przeciągnęła się do późna, ale Biskup nie dotrzymał do końca. Z kanoników niektórzy głowy na rękach położywszy na stołach spali, drudzy o ścianę się sparłszy z oczyma zamkniętemi a usty otwartemi, drzemali i chrapali; na ostatek inni zapomniawszy na stan swój, plugawe i grubijańskie żarty stroili.
Obcych nie było, mogli więc pozwolić sobie, a ks. Szczepan czuwał, ażeby ich o zmierzchu z latarkami porozprowadzano do domów.
Gdy Biskup nazajutrz wstał, a Wit się stawił doń z językiem, pierwsze słowo jego było:
— Cóż tam! gołąbki moje jak noc w gnieździe nowem spędzili?
Trzeźwiejszy teraz Półkoza głową trząsł, chmurny był.
— Twardzi ludzie, — rzekł, — żeby który pisnął. Modlą się.
— Zmiękną oni! — odparł Biskup. — Pamiętaj mi! chleb i woda.
— Wiem, i chleb dałem spleśniały i wodę śmierdzącą — dodał Wit. — Zrobi się co każecie, byle mi tam do nich nie chodzić.