Jak nic do krwawej bójki przyjść mogło.
Na zamku w jadalni zamięszanie się stało nie małe.
Ziemianie zawieruchy się lękając, jęli się wymykać, żegnać, żony zabierać i wynosić do miasteczka. Ci co sami byli bez bab, przyzostali do końca, aby widzieć co z tego urośnie.
Spierali się jedni utrzymując, że księżna wyjedzie, drudzy, że się rozpłacze i zostanie. Ciekawych dosyć wysypało się w dziedzińce, boć widowisko było nie powszednie. Pod ścianami dworca kupami stali polscy i niemieccy komornicy, służba, dwór, żołnierze, myśliwcy Leszkowi; złoszcząc się za pana, drwiąc i odgrażając na Węgrów.
Dalej ziemianie patrzali co to będzie, a w pośrodku Ruś i Węgry zbrojne, złe, nadąsane, klęli, łajali, pięści pokazywali, i co spieszniej mieścili sprzęt na wozach, juki wiązali na koniach...
Na prawdę nikomu się to nie mieściło w głowie, aby żona od męża, z takim hukiem, przy tylu świadkach, czepiec mu rzuciwszy w oczy, miała precz odjechać.
Zdało się im, że to tylko odgróżka próżna aby Czarnego zmusić do lepszego pożycia.
Tymczasem w niespełna godzinę wszystko już stało gotowe, dwór na konie powsiadał, a że Gryfina zawsze też konno jeździła i jej siwego podprowadzono aż pod sień, do pieńka, który wsiadać pomagał...
Ludzie się nacisnęli ku wnijściu przyglądać jak dziwowisku, gdy Gryfina z twarzą odsłonioną, w wianku zielonym, który dla niej służebne zawczasu uplotły, w płaszczu szkarłatnym, wybiegła z zamku, podeszła do pieńka, i z pomocą komornika konia raźno dosiadła.
Okiem nawet na pożegnanie po zamku nie rzuciła, ściągnęła cugle, cmoknęła na siwego, stary Węgier Morosz dał znak i cały orszak jej, wozy pośrodku, konni na straży, przodem Kumany z dobytemi mieczami, posunęli się ku wrotom.