Zobaczywszy ją w progu, odwrócił twarz.
— A gdzieżeście to mego podzieli? — ostro zapytała Zonia. — Biskup ręką zamachnął.
— Idź, jędzo idź! — zawołał — w lesie został...
Popatrzyła mu w oczy.
— Cóż to jest? — zakrzyczała. — Wszak to już nocka? a jego tak na wilki zostawiliście?
— Milczże i idź zkądeś przyszła — odparł sierdząc się Paweł i pięść podnosząc. — Precz, babo!
— Czegoś zły! — zamruczała Zonia, wcale się nie uląkłszy i stojąc a przypatrując mu się i niby czytając w twarzy. Biskup milczał długo.
— Jego nie ma, — poczęła znowu baba po chwili — a ja tu za wszystkich starczyć muszę. Życia nie stanie. Ta wasza Kraska, łomocze się tam po swych izbach, że ją choć wiązać... Wszystkiego jej mało, królową by się chciało być... Idźcie no popatrzeć jak szaleje... A tu ja jedna i na nią i na czeladź, i na dwór...
Gdy język tak rozpuściła, Biskup wstał, nogami począł bić o podłogę a rękami podniesionymi grożąc wygnał ją precz z izby, z której uciekła przeklinając.
Tego wieczora garstka wiernych Pawłowi, wesołych towarzyszów, zebrała się na wieczerzę, ale Biskup, który z niemi nie pieścił się bardzo, kazał precz odprawić, powiedziawszy że jest chory. Do dziwactw jego nawykli, poszli pasożyci, szydząc i rozpowiadając po cichu, że pewnie być musiał u swej zakonnicy.