Nie było go tam do późna. Zawahał się nawet czy miał iść dnia tego, czy u siebie pozostać — namyślił i wyszedł tylko na chwilę.
Dziewczynę znalazł stojącą, nadąsaną, zwróconą plecami doń gdy wchodził. Biskup nie w lepszem był usposobieniu. Burza groziła. Bieta udała, że go nie postrzegła i nie słyszała, zwróciła się potem nagle i temi oczyma, które u niej za całą twarz stały, zmierzyła groźno Biskupa.
Gniew z nich buchał...
— Cożeś to tak zła? — zapytał.
— Albo mi tu dobrze, żebym dobrą była? — odparła gwałtownie, suknię szarpiąc na sobie. — Niewola taka jak w klasztorze, twarzy ludzkiej nie widzę, głosu nie słyszę, wy ledwie przyjść raczycie wstydząc się mnie...
Biskup nie odpowiadał, o czem innem rozmyślając, roztargniony.
— Wstydzicie się i kryjecie, — dodała — a to próżno, wszyscy przecie wiedzą, żem wasza...
Chodzić poczęła zataczając się i chwytając za głowę.
— Złośnica jesteś, — odezwał się Biskup, oczyma goniąc za nią. — Drugaby się za szczęśliwą miała we wszystko opływając — tobie trzeba jeszcze więcej!
— A! mnie to wszystko wasze za nic, — zaczęła Bieta dąsając się, — za nic bez powietrza, słońca i ludzi. Jeszcze mi za stróża posadziłeś na karku babę złą i krnąbrną, która myśli, że ona tu panią i mnie chce rozkazywać! Ja żadnych przykazań nie znoszę!