Pozostali u skraju lasu z niejaką trwogą za oddalającym się patrzali.
Tym czasem dwaj jeźdźcy już się w puszczę zaszyli, a za niemi oddział co przybył z młodym Kunigasem ruszył, chciwemi i szyderskiemi oczyma mierząc obcego człowieka, który za ufnie dał się im w ręce. Myśleli, że dobroduszny, a łatwowierny pewnie już więcej do swoich nie wróci. —
Droga wiodła ich z początku borami, wśród których z doskonałą znajomością kierował się Kunigas młody. Zwracał, objeżdżał oparzeliska, wybierał las przerzedzony. Oba konie szły dobrym kłusem. Z rzadka jadący obok przemawiali do siebie.
Starszy jechał nieco zasępiony i chmurny, gdy towarzysz jego przeciwnie twarz miał uśmiechniętą i wesołą. Dobrych dwie godzin trwała ta jazda spieszna, gdy Kunigas zwolnił kroku.
— Koniom się dać trzeba wysapać — rzekł.
— Daleko jeszcze? — spytał stary.
— Wprędce staniemy u celu, — odparł młody. Nie chciałem was daleko od granicy odprowadzać, bo by podróż za długo trwała. Jest tu mały gródek, gdzie się wszyscy zbiorą...
— A wielu was tam będzie? — zapytał stary.
— O! jest nas dużo! — rozśmiał się Kunigas. Ja sam z mojemi ludźmi siły bym nie miał dosyć, aby ją wywieźć w pole daleko... Gdy nas kilku się zbierze, ludu znajdziemy tysiące, a wszyscy tacy co u granicy siedzą i na wycieczki gotowi...
Kraj u nas teraz podzielony, my wszyscy nim, każdy na swą rękę rządziemy. Nie chcemy mieć już nad sobą takiego, coby nas za łby trzymał a kazał bić się i krew lać dla siebie...