Światopełk dał mu znak by nie mówił o tem.
— Konrad sobie, ja sobie, ja z nim nie mam nic — rzekł — z Leszkiem sprawa.
— I z Laskonogim — dodał Jaksa.
— On nic nie znaczy — wyrwał się Plwacz — nic! źdźbło, pruszyna, słabizna. Wszyscy go opuszczą... polanie pójdą za mną i za duchowieństwem. Pruchno! zgnilizna! Nogi mu się te długie połamią i padnie! We dwóch z Leszkiem choćby się za ręce wzięli — podążymy ich pokonać... Mali ludzie są...
— Ale biskup Iwo i krakowianie, a książę Henryk — rzekł Jaksa. — Jam oto właśnie we Wrocławiu był — ztamtąd się nic dobrego spodziewać nie można.
Światopełk i Plwacz popatrzyli na się, potem na Jaksę.
— Słuchaj Jaszku — odezwał się pierwszy z nich — który widocznie miał tu stanowczy głos i przewagę. Wiem żeś Jaksa i mój powinowaty, wiem że ci sadła zalali za skórę, żeś dużo przecierpiał, ale ja cię nie znam, czyś ty się na co zdał... Ojciec rozum ma i siłę...
— A ja mam serce i chcę zemsty! — odparł Jaksa. — Czy się na co zdam poprobujcie. Już to żem uszedł z Krakowa do was, coś warto.
Światopełk popatrzył nań chłodno i rozważnie, a Plwacz nie śmiejąc się odzywać, oczy trzymał w niego wlepione.
— Żeście tu przybyli — rzekł powoli Światopełk — dobra jest rzecz, ale wyście nam potrzebniejsi tam niż tu...