— E! no! — mówił sobie — z takim ładem nie straszni oni Odoniczowi. Prędzej on ich niż oni jego pobiją.

Legł znowu na ziemi przy Wojborze, rachując na ciemną noc że ujdzie.

Ci co mu dopomódz obiecywali ciągle krążyli zdala i mieli nań oko. Straż około niego bardzo sroga nie była. Odwołał ktoś Wojbora, który gdy powrócił nierychło, jakby go spojono umyślnie, napiły był i kłodą na ziemię się obalił.

Na dworze robiło się ciemno, w obozie niedogasłe tylko świeciły ogniska, ale noc nie sprowadziła ciszy. Obok beczek pijatyka się rozpoczęła, śpiewy, po tem bójki i krzyki.

Ledwie jedne uśmierzono, gdy starszyzna na okrwawionych wpadła i wiązać ich kazała, już druga gdzieś walka powstawała. Tłum się tam zaraz zbierał i cisnął biorąc stronę jednych lub drugich, krwawiono się znowu i rozbrajano.

Całe to obozowisko przedstawiało obraz największego rozpasania. Wśród zajadłej kłótni kilkunastu zbrojnych ziemian zerwało się jawnie odgrażając i natychmiast uszli drogą ku Uściu bezkarnie do Odonicza a nocna pogoń ująć ich nie potrafiła.

Jaszkowi więc łatwo przyszło, gdy psykanie posłyszał, porzuciwszy Wojbora śpiącego, dostać się po cichu do swych ludzi stojących na skraju, siąść na koń i do dnia ukryć w gęstwinie.

Zdala dochodziły go i tu głosy z obozu Laskonogiego, ale przypatrzywszy mu się zblizka, nie lękał się by go ścigano.

Starszyzna zbyt wiele miała do czynienia z ludźmi własnemi, książę nie myślał go zatrzymywać, czuł się więc bezpiecznym. Rano wszystka ta gawiedź miała pod Uście wyruszyć.

Dalsza podróż Jaksy szczęśliwiej mu się już wiodła, choć o chłodzie i głodzie, którym tak przymarł i znużył się, że zamiast wprost do Krakowa dążyć, postanowił do Wrocławia zajechać i u Sulenty odpocząć. O Płocku już nie myślał.