Lice mu się rozjaśniło, gdy naostatek bramę miejską pominąwszy w miasteczku się znalazł, a tuż i znajomy się nadarzył, choć nie taki może jakiego życzył sobie.
Jechał zwolna, bo konie już nogami ledwie wlokły, gdy błazen Trusia go poznał, zdjął przed nim kołpak, niemieckim obyczajem z kukawką na wierzchu, i pokłonił się do ziemi samej — w nadziei, że się znów przy jego miłości pożywi.
Do dworku Sulenty dobry kawał było drogi, Trusia wziął sobie za obowiązek towarzyszyć miłości jego i zabawiać ją.
— Wasza miłość do nas pewnie na te gody! — rzekł uśmiechając się.
— Jakież u was gody u licha, jeszcze do godów daleko! — odparł nie bardzo rad towarzyszowi temu Jaszko.
— Toć dla niemców gody — mówił błazen — udało się im pochwycić polaka na gorącym uczynku i to jeszcze biskupiego brata... Będą go sądzili, to im dopiero gody, aż się oblizują.
Jaksa konia zatrzymał.
— Co pleciesz? — zawołał — co za błazeństwo prawisz?
— Nie żadne błazeństwo — odparł śmiesznie poważną robiąc minę błazen. Wasza miłość się przekona, że Trusia nie kłamie; ale błazen choć prawdę rzecze, nikt mu nie wierzy, dla tego mu gadać wolno...
Jaksa stał i słuchał.