Krzyżacy mieli nieco przesadne pojęcie o potędze księcia który im szerokie nadawał kraje. Jaszko niechcący — wywiódł ich z tego błędu. Zasypano go pytaniami, ale że karmiono i pojono, a oprócz tego na rękę mu było z niemi razem do Płocka zajechać, Jaksa się do nich uwiązał.

O sobie jednak, jako ostrożny człowiek nie wiele im powiedział, — przyznał się że był rycerzem (Miles) i że w życiu doznał niesprawiedliwości ludzkiej i nieszczęść, że szukał teraz pomieszczenia i t. p.

Gdy się Płock ukazał ze swym zamkiem, ubogiemi i niepokaźnemi kościołami, których drewniane nowe wieżyczki ledwie się ponad dachy domostw trochę podnosiły w górę, bo je niedawno Prusacy spalili byli, — ze swemi chatami szaremi i ogrody nad brzegiem Wisły rozrzuconemi, wielkie było Krzyżaków zdumienie... Zamek zdala wydał im się mizerny, a wały sypane lichą obroną.

Murów choć jakie były na grodzie dostrzedz nie mogli zdaleka. Po niemieckich burgach w kamień odzianych jak we zbroje, licho i ubogo przedstawiał się im ten Płock, a z niego Krzyżacy i o księciu wyciągali wnioski.

Pochmurniały im twarze dojeżdżając... Na gościńcu jeszcze natrafili komornika książęcego, który do stadnin jechał. Ten na zapytanie o Konrada, odpowiedział im że go w domu nie było i księżna tylko z dziećmi na grodzie mieszkała.

Jaszko dodał że i to jeszcze szczęście iż samą panią zastawali, bo niekiedy wszystek dwór z obawy napaści Prusaków chronił się do Wiskitek, Trojanowa lub w lasy do Warszowej.

Puściwszy Krzyżaków wprost na zamek, gdy sam nie miał prawa się tam rozgościć jak oni, Jaszko na Podzamczu wprosił się do chaty mieszczanina.

Tego dnia zaś znużony wielce, dał sobie wczas, siana kazał namościć w izbie, piwa grzanego napił się do poduszki, i chrapnął.

Słońce już było wysoko, gdy go chłopak zbudził oznajmując że na zamku popłoch był jakiś, jakby się na wycieczkę lub do obrony zbierano.

Odział się więc jak mógł najlepiej Jaszko i co żywiej pospieszył na zamek do Gromazy...