Obejrzał się Jaszko po nie wiele obiecującej komorze... i przysiadł w kącie.
— A co! — bąknął, — możebym i ja się wam tu na co zdał teraz, boć żołnierzem jestem.
Gromaza popatrzał nań i nieśmiało bąknął.
— Poczekajże abyś miał z kim iść. — Nasze mazowieckie rycerstwo, choć po niego rozesłano, zbieży w lasy a nie pokwapi się do nas...
— A toż dla czego? — zapytał Jaszko, — ludzie przecie bitni i do ucierania się gotowi.
Gromaza pochylił mu się do ucha i śmiejąc się szeptał.
— Toście nie słyszeli jak książe Konrad sobie począł ze swojemi ziemiany??
— Nie.
— Trochę temu już dawno, ale ziemianie takich rzeczy nie zapominają, — mówił podłowczy, — Prusacy nas, jak to ich obyczaj osaczyli, podrapali i książe się im obiecał wykupić... Co miał robić? Życie trzeba było unieść. Przyszła godzina wypłaty — nie wiem czy w skarbie zabrakło, czy książe zły był na ziemiany że się nie bronili. Zwołał ich tu do Płocka jak na wiec. Myśleli panowie rycerstwo że im da jakie swobody albo ugości... Tymczasem gdy na zamek się zebrali, książe im konie wszystkie i szaty kazał zabrać i odesłał jako wykup Prusakom. Niebożęta piechoto i bez opończy powrócili do dworów.
Otóż teraz gdy ich na nieprzyjaciela wołają, nie bardzo spieszą...