Waligóra też pokłon oddawszy ruszył się z siedzenia swego i z innemi do drugiej izby ustąpił.
Chciał zaraz do gospody wracać gdy Zbisław, rycerz ślązki który zdala u stołu siedział, a do rozmowy się nie mięszał, zbliżył się do niego.
Byłto stary wojownik, któremu choć sił ubyło, zbroję jeszcze nosił i w służbie stał. — Nie wiele on tu znaczył, bo Niemcy przed nim jak przed innemi prym brali i spychali ich na szary koniec. Staremu miło było posłyszeć że się ktoś ujął za tą sprawą, za którą tu już nikt nie śmiał podnosić głosu.
Dwu czy trzech jeszcze zdala stojących przysunęli się do Mszczuja, lecz przemówić otwarcie żaden nie chciał, Niemcy podejrzliwie na nich patrzyli. Waligóra czując to wprędce się wyśliznął w podwórze, gdzie czeladź i konie stały i do gospody wrócił.
Na drodze go napędził Zbisław Nieczuja i pozdrowił.
— Bóg zapłać żeście im nosa utarli — rzekł. — My tu już swoi nie śmiemy z niemi stanąć na równi — wszystko objęli, nam zostało tylko wymrzeć, by im ustąpić ziemi, która ich będzie...
Waligóra bał się rozmowy w ulicy, a słuchał chętnie.
Stary Zbisław, jeszcze chętniej z żalem się wygadywał — na sercu mu dawno niewyspowiadany leżał. Jechał więc do gospody i wszedł do niej za Waligórą.
— Taki nasz los, — dokończył wchodząc — rady nań nie damy. U nas na Ślązku oni już panami, a nie lepiej gdzieindziej. U Laskonogiego pełen ich dwór, u Plwacza drugie tyle, u ks. Konrada i starych i nowych kupa..., i w Krakowie też nie mało...
Załamał ręce...