— Tak się zda, — mruknął Mszczuj.
— A Konradowi nie dadzą Prusacy o złem myśleć — ciągle wesoło prawił kleryk... — Ci niemieccy rycerze których sprowadził tymczasem mu nie wiele pomogą. Braci zakonnej przyszło tylko dwóch i kilkunastu knechtów... ano im się nie wiodło i po drodze i na miejscu... Nim dojechali do Płocka dwu młodych ochotników tak jak stracili, bo ich gdzieś rannych porzucić musieli. Powiadają że się nieopatrznie na łowy wybrali i dzik ich ciął obu...
Mszczuj słuchał obojętnie, lecz na myśl mu przyszło iż od Biskupa pod Białą Górą o Krzyżakach słyszał.
— Cóż się z temi rannemi stało? — spytał.
— Gdzieś ich, mówią, pod jakimś zamkiem rzucili na łaskę lub niełaskę Bożą, — odparł Kumkodesz. — Po drodze rozpowiadać mieli że zamek to jakiś był niegościnny, bo ich tam nie chciano nawet chorych wpuścić...
Zamek niegościnny Waligórze dał do myślenia... A nuż Niemcy zawędrowali pod Białą Górę, bo ztamtąd niedaleko stali?
Nie było niebezpieczeństwa — lecz sama myśl że gdzieś tam na jego ziemi Niemcy mogli szukać przytułku — gniew budziła w Mszczuju. — Nuż ich tam kto ulitowawszy się przyjął...?
Myśli różne przewędrowały po głowie..., pochmurniał bardziej jeszcze...
Kleryk powtarzał co gdzie słyszał i był cale dobrej myśli. Widząc wreście że Mszczuj jakby drzemiący nie odpowiada mu..., a mając w tejże izbie przygotowane posłanie, usunął się na bok i kląkł do modlitwy...
Nazajutrz Waligóra postanowił pożegnać księcia, nie chciał tu siedzieć dłużej, niepokój długo mu spać nie dał, obudził go za rania i pędził ztąd. Chciał zbyć drugie poselstwo, wrócić do Krakowa i wyprosić się do Białej Góry.