Życie Leszka Białego na krakowskim grodzie, płynęło teraz od czasu gdy wielki zamach Henryka Ślązkiego, spełzł na niczem i skończył się zawartym sojuszem — spokojnie, cicho, szczęśliwie, tak jak on sam pragnął, na wpół przy rodzinie, wpół w lasach, na koniu lub w rycerskich turniejach i igrzyskach...
Wszystkie ważniejsze sprawy kraju, jak niegdyś za ojca Kaźmierza, leżały na ramionach Biskupa, zawisły od jego rady i kierunku.
Iwo i rozumem i świątobliwością i powagą wszystkiemu rycerstwu krakowskiemu przewodził, a Jaksowie nawet nieprzyjaźni mu, głośno przeciw niemu szemrać nie śmieli. Leszek rad był, nawykłszy do tego za życia matki, — szukać zawsze opiekuna na którymby się opierał. Takiemi byli dla niej i dla niego Goworek, na przemiany z Mikołajem Wojewodą — kilkakroć to poczucie własnej słabości czyniło ich uległemi nawet Mieszkowi Staremu, a później Laskonogiemu.
Zmuszony prawie, po bitwie pod Zawichostem objąć rządy krakowskie, Leszek nie wprzódy się zgodził na zajęcie miejsca Laskonogiego, aż się zapewnił pomocy Marka Wojewody i Iwona Biskupa.
Mówiliśmy że Marek i Jaksowie zdradzili pana, został więc jeden Biskup Iwo, na którym się bezpiecznie oprzeć mógł Leszek... Było to dlań rzeczą najpożądańszą, czuł się spokojnym...
Po ojcu wziął pobożność i łagodność, z matki charakter słaby i nieumiejący wytrwać przy jednem postanowieniu — Biskup był mu potrzebnym — był dlań prawdziwym ojcem... Szczęściem był to mąż prawy, któremu tylko zbytnie rzeczami niebieskiemi zajęcie, czasem nie dozwalało wszystkich ziemskich przewidzieć. — Kilkakrotnie zwiedzając zachodnią Europę, Francyę i Włochy, Iwo dał się łatwo owładnąć temu duchowi exaltacyi religijnej, jaki w niej panował. Ponad wszystko naówczas zapał religijny się podnosił. Extatyczne porywy ku niebu, żywot mortyfikacyi dobrowolnych, duszne jednoczenie się z Bogiem, stały jako jedyny cel dla ludzi wykształconych, a tłum usiłował iść w ich ślady. Powstawały zakony, nie już jak dawne Benedyktynów i Cystersów, poświęcające się naukom, pracy ręcznej, nawracaniu i oświecaniu, ale żywotowi pustynnemu we włosiennicy i żelaznych paskach, w biczowaniu i postach, w nadludzkich umartwieniach, które z więzów ciała wyzwalały duszę.
Tego ducha zaszczepić w kraju u siebie pragnął Iwo, — w Rzymie patrzał na cuda Dominika, nasłuchał się o ubogich zakonnikach powrozami przepasanych w Assyżu, wzory tych ludzi wielkich nie dawały mu spoczynku.
Wolałby był może i on wstępować w ślady tych mistrzów i wyrzec się wszystkiego co ziemskie, tak jak mistrz i Pasterz Wincenty, który infułę złożywszy na ołtarzu, poszedł przywdziawszy habit Cystersów do cichej celi zakonnej zakończyć życie. Lecz Iwonowi Biskupowi Krakowa, który na równi ważył z Gnieznem, nie godziło się opuścić straży około słabego a dobrego książęcia.
Szło o pokój kraju, a razem i o szczęście tego człowieka, do którego się przywiązać musiał każdy kto go znał i z nim żył. — Leszek zostawiony sam sobie padłby był znowu ofiarą jednego z tych co czyhali na Kraków, główną stolicę, pierwsze księstwo naczelne ziem wszystkich.
Iwo, który ciągle klasztory zakładał, kościoły mnożył i nieustannie czynnym był około spraw diecezyi, sam wszystkiemu podołać nie mógł, dlatego wezwał w pomoc Mszczuja Waligórę, na którego poczciwości mógł polegać. — Miał on dlań być prawą ręką, a dla złych ludzi postrachem. Biskup nie postanowił jeszcze co mu da do czynienia, lecz wiedział że użytecznym będzie. Chciał go tu mieć niezawisłym, bez urzędu i godności, gotowym zawsze chwycić czy za oręż, czy usty się rozprawić z niechętnemi i podejrzanemi.