Po owych łowach, z których wracającego Leszka Marek na drodze pochwycił, chcąc czy wybadać czy przygotować — nazajutrz książe spoczywał, ciesząc się dziećmi, Salomeą swą i Bolkiem, wesoło rozprawiając z żoną, przywołując komorników, aby mieć więcej w koło siebie uśmiechających się twarzy. Gdy się czuł szczęśliwym Leszek było to dlań potrzebą widzieć wszystkich wesołemi, radującemi się z nim społem. Lada twarz chmurna już mu psuła jego szczęście, gotów był największą ofiarą wywołać uśmiech z każdego. Służba która znała księcia swego, nieraz z tego korzystała i zyskiwała co chciała.

Nie był to mąż stworzony na panującego, rządy mu ciężyły i dolegały, — ludzie co mu spokój truli doniesieniami, podejrzeniami, niepokoje przynosząc, nie mieli u niego łaski.

Przy całej miłości dla Biskupa Leszek mu to jedno miał za złe, że go trapił ciągłemi postrachami...

Zaledwie od żony był odszedł dnia tego i zabierał się z Pakoszem strzelać do celu — gdy pacholę nadbiegło oznajmując mu o Iwonie.

Biskup szedł od kościoła zamkowego sam jeden ku dworcowi pańskiemu, pogrążony w myślach czy modlitwie, gdyż rzadko było można Iwona zastać bez modlitwy na ustach...

Leszek wyszedł zaraz naprzeciw niego; wesołą przed chwilą twarz starając się do powagi nastroić. — Powitawszy go jak ojca wiódł do osobnej izby sadząc troskliwie i dopytując czyby nie miał jakiego smutku..., gdy się tak zdawał mu chmurnym.

— Powszedni chleb, — powszedni chleb, — odparł Iwo. — Każdy dzień przynosi złośliwość swoją... Nie ma nic ciężkiego, lecz i pociechy nie wiele...

Trochę ciężaru z ramion zbyt obarczonych, powinnibyście, ojcze miłościwy, zdać na drugich — takby wam lżej było.

— I ja to czuję, — odparł Iwo, — dlatego zmusiłem niemal brata co się był na pustynię cofnął, aby mi do boku stanął. Jest to mąż prawy, a choć długiem odsunięciem się od nas zadomowiał i obcym się stał, — rychło on przejrzy i zda się nam bardzo.

— Radbym go widział tego brata waszego, — rzekł Leszek — i mnieby był pożądanym.