— Jadę ztąd precz! — rzekł stanowczo...
— Dokąd? — spytał ojciec...
Nim Jaszko miał czas odpowiedzieć, mistrz Andrzej wstał do pożegnania ojca.
— Idziesz już? — rzekł z wymówką Wojewoda.
— Mam moje godziny kapłańskie — odparł zimno Andrzej...
Jaszko się dziko uśmiechnął przez ramię nań spojrzawszy. Księdzu pilno odejść było, zdala skłonił się bratu, który się zwrócił i krzyż za nim zrobił w powietrzu.
Gdy Andrzej odszedł, Wojewoda z niechęcią i wyrzutem spojrzał na syna.
— Pamiętaj, — zawołał wskazując na drzwi, — ten cię jeszcze kiedyś bronić i ratować będzie musiał, gdy ty szaleństwem swem znowu popadniesz w jaką jamę.
Wzgardliwie poruszył się na to Jaszko.
— Bóg da że ja go potrzebować nie będę — rzekł.