— Zda się że ich tu nie ma...
Mówił potem Wojewoda o innych rzeczach, usiłując Leszkowi tak właśnie odmalować wszystko jak on mieć pragnął. Nie kazał mu się lękać niczego, lekceważąc prawił o Odoniczu, wzgardliwie o swym powinowatym Światopełku, z poszanowaniem dla Konrada.
Wtrącono coś i o Krzyżakach rycerstwie które Leszek rad był widzieć zasłyszawszy o niem wiele. Wojewoda doniósł że właśnie dwóch z nich już do Płocka pociągnęło, aby się o uczynione nadania umówić.
Tak gwarząc dojechali do zamku na Wawel a Marek zabawiwszy Leszka, wymknął się do swego dworu...
Nazajutrz książe zapytał Biskupa o brata Mszczuja, którego sławę siły i męztwa pamiętał.
— Jest on tu, — odparł Iwo — ściągnąłem go po to aby Waszej Miłości służył. Wiernych sług pod te czasy zanadto mieć nie można. Nie potrzeba mu nic — ani tytułów ani urzędów, a można go będzie użyć gdzie drudzy nie zechcą lub nie zmogą. Wziąłem go sobie do pomocy W. Miłości do usług wiernych.
Książe podziękował.
— Bóg łaskaw, — rzekł — służba u mnie lżejszą coraz będzie... Pokój uchwalemy i używać go będziemy!!
Biskup spojrzał nieśmiało na pana swego i zamilkł.