Książe Krakowski, starszy między Piastami, panujący spokojnie, żyjący szczęśliwie, którego Bóg córeczką i synkiem pobłogosławił — którego kochali wszyscy, który sprawiedliwości wzorem ojca był pilnym szafarzem, — w tym dniu nie czuł się szczęśliwym.
Jakieś przeczucie kołatało do serca jego i mówiło mu. — Nie dożyjesz drugiego dnia takiego, pieśni tej nie posłyszysz już więcej.
Książę odpędzał myśl natrętną, cisnęła mu się naprzykrzona, i ciężyła na skroni jak wieniec męczeński.
Księżna też patrzała jakby strwożona i smutna — na ołtarz i na sposępniałą twarz mężowską.
A mnisi wesołą pieśń coraz głośniej nucili.
Hebda i Kumkodesz, dla których w małym kościołku nie było miejsca, wyszli w ulicę.
Znali się oni z sobą dobrze.
Hebda był wszakci w opiece biskupa Iwona, a Kumkodesz sługą jego. Często bardzo kleryk odziewał ubogiego, karmił go i strofował, Hebda nawykł szanować go, a był z nim poufalej niż z innemi.
Gdy się znaleźli w ulicy, żebrak pochwycił połę szaty kleryka i pocałował ją z pokorą.
— Patrzajże! znowu mi ty marznąć będziesz! — zawołał Kumkodesz — opończy już nie masz, chodaki nowe pewnieś chyba przepił! Niepoprawny ty jakiś!