— Ojczulku — odezwał się Hebda — opończę mi ta baba zdarła co to wiecie, w głowie jej się pomięszało. Drżała z mrozu... Mnie ciepło... Chodaki dałem Łabie, bo miał nogi bose... Hebdzie gorąco.
To mówiąc sparł się na kiju i poskoczył, nogami uderzając jedną o drugą. Wśród tej wesołości jakby mu co na myśl przyszło — przystąpił do Kumkodesza szepcząc mu.
— Panaście widzieli? Blady jest i chmurny... czuje on to, co ja...
— A tyż co czujesz? — spytał Kumkodesz.
— Ile razy spojrzę nań, czy jedzie miastem, drogą, czy się modli w kościele... widzę zabójców koło niego, miecz nad głową i pana nagiego w ranach...
Kumkodesz potrącił go gniewnie.
— Jak ta baba co ci opończę wzięła szalony jesteś! — krzyknął.
Hebda głową rzucił.
— Com winien kiedy jedno widzę wciąż czy słońce świeci, czy noc... bylem pana zobaczył — wnet mi się przewraca w nagiego i porąbanego — odparł Hebda.
Żegnam się i odpędzam marę — to cóż? myślicie że ustępuje?