— Nie oddalając się od granicy, — powtórzył Wojewoda cicho — boć przyczyna ważna...

— Ani od Nakła — dodał Leszek zamyślony.

— Toć jedno — potwierdził Biskup. — Na św. Marcin.

— Na św. Marcin! — powtórzył Konrad.

— Na Ślązko i do Laskonogiego ztąd się pośle, wy Światopełkowi dacie znać.

— Przez Odonicza też można mu to zwiastować — dodał chmurno Konrad, jakby stosunku wszelkiego ze Światopełkiem chciał uniknąć i podejrzenia oń.

Wstał Biskup Iwo wspierając się na poręczach krzesła.

— Niechże Bóg błogosławi przyszłym radom i paktom, a natchnie serca wasze duchem pokoju i zgody braterskiej. Amen...

Mówiąc to wyszedł z komory, a że książe wnosił iż do dzieci jego i żony, jak codziennie, musiał się skierować, nie towarzysząc mu, pożegnał tylko spiesznie nizkim pokłonem pozdrawiającego Marka, który za Biskupem z izby się wysunął... Bracia pozostali sami.

Iwo szedł do brata, o którego od wczoraj był niespokojnym. Gdy mu otwarto drzwi, przy których Sęczek siedział na ziemi, Mszczuj leżał jeszcze, od wczoraj nic, oprócz wody, w usta nie biorąc. — Spał lub drzemał ciągle. Miecz obnażony, na którym krew zaschła, co rynewką w nim na podłogę nie spłynęła — stał o ścianę oparty.