Ociągała się nieco z odpowiedzią księżna, utkwiła wzrok w męża.

— Mnie gdybyś słuchać chciał — dodała — pobożnemu i świątobliwemu Iwonowi dał byś moc od siebie wszelką, a uczyniłbyś się chorym i nie jechał ani do Gąsawy, ani nigdzie ku granicom. Światopełka się boję! lękam się wszystkich! Odonicza, a — Konrada nawet!

Znowu zmarszczył się Leszek.

— Mówcie co chcecie na innych — przebąknął — na Konrada tylko nic. Chowaliśmy się razem, u jednej matki na rękach... A, komuż by już dać wiarę!!

— Nikomu! — szepnęła Grzmisława — mądry, wierzaj mi, nie ufa ludziom nigdy.

— Tyś rusinka — odparł Leszek weselej — a rusini nie ufni są.

— Twoja matka była nią także — odparła urażona nieco księżna — przecie ufała do zbytku. Tyś po niej wziął powolność tę... dobry panie mój.

I schyliła się przed nim błagając go.

— Nie jedź do Gąsawy. Niechaj biskupi pokój stanowią, niech książęta tu, do ciebie, starszego nad niemi poprzysiądz go przyjadą. Ty, miły mój, nie jedź do Gąsawy...

Wzruszył ramionami książe, jednak naleganie to utkwiło w nim i słysząc powtarzane — Nie jedź do Gąsawy, — nazajutrz chwiać się począł.